Burza w rodzinie Czartoryskich mogłaby przypominać operę mydlaną gdyby nie fakt, że pieniądze podatników – 100 milionów euro czyli w sumie prawie pół miliarda złotych liczone z VAT-em, za które państwo kupiło od rodziny kolekcję dzieł i nieruchomości, znajdują się w Lichtensteinie. Po ponad roku od dokonania transakcji, zarejestrowana w Polsce Fundacja Czartoryskich ogłosiła upadłość z powodu braku pieniędzy. Okazało się, że cała kwota została przekazana fundacji Le Jour Viendra (fr. Nadejdzie dzień) zarejestrowanej w Liechtensteinie. Według mediów założyciel Le Jour Viendra, Adam Karol Czartoryski może dowolnie dysponować środkami, również na cele prywatne, co nie byłoby możliwe, gdyby pieniądze pozostały w Polsce na koncie Fundacji Czartoryskich. Prawo polskie stanowi, że fundacja może wydawać środki wyłącznie na cele statutowe.

To jest pierwszy klops – wielka narodowa transakcja miała wesprzeć fundację polską.

Być może sprawa z transferem pieniędzy jakoś by ucichła, gdyby do sprawy nie włączyła się Tamara Czartoryska, córka Adama. W kilku oświadczeniach napisała, że jej ojciec mieszkający na stałe w Hiszpanii, który notabene jest spokrewniony z królem Juanem Carlosem, „nienawidzi Polaków i Polski” oraz że celowo wyprowadził pieniądze do bezpiecznego Liechtensteinu. Członkowie rodziny ostro zareagowali. „Z prawdziwym żalem obserwujemy, że Tamara Czartoryska, była członkini rady fundacji, kontynuuje ataki na osoby zasiadające we władzach fundacji” – można przeczytać w liście, pod którym podpisał się między innymi ojciec Tamary. „Szczególne zażenowanie wzbudzają haniebne ataki Tamary Czartoryskiej na jej własnego ojca, wobec którego chce być autorytetem moralnym. Jedynym motywem działań Tamary Czartoryskiej jest chęć zdobycia pieniędzy na jej cele prywatne. Kiedy okazało się, że całość środków trafiła nie na fundację rodzinną, ale na w pełni charytatywną Fundację Le Jour Viendra, wywołało to głębokie niezadowolenie Tamary Czartoryskiej”.

No i drugi – nie wiemy czy Tamara pisała prawdę o emocjach, jakimi jej ojciec darzy Polskę, ale taki stopień enuncjacji rodzinnych stawia wiele pytań wychodzących poza arystokratyczne sfery. 

Prezes Fundacji Czartoryskich Maciej Radziwiłł tłumaczył, że Fundacja chciała zabezpieczyć pieniądze przed prawem w Polsce.  „Nie boję się wizyty żadnej ze służb. Nie mam nic do ukrycia. Wszystkie dokumenty, wszystkie raporty finansowe są do sprawdzenia, są jawne. Ci, którzy wysyłają bezpodstawne zawiadomienia o rzekomym przestępstwie, o korupcji mają ochotę na zadymę polityczną” – stwierdził w rozmowie z portalem Money.pl.

Jeśli zacząć od tego, że sprawą niezwykle kontrowersyjną było płacenie za dzieła sztuki, które i tak nie mogłyby być wywiezione za granicę, a ich konserwacja i utrzymywanie całej kolekcji było na tyle kosztowne, że Czartoryscy nie chcieli i nie byliby w stanie tego robić, to wszystko to, co zdarzyło się po zasileniu konta fundacji kwotą 100 milionów euro czyni z tej sprawy aferę dużej skali. No i pojawiła się w związku z tym niemała „zadyma polityczna”. Platforma Obywatelska złożyła zawiadomienie do Centralnego Biura Antykorupcyjnego i do prokuratury. „Mamy do czynienia z gigantyczną aferą, z grabieżą majątku narodowego na kwotę pół miliarda złotych na rzecz jednej rodziny” – powiedział wczoraj w Sejmie poseł PO Paweł Olszewski.

Do tego wszystkiego należy dodać niezwykłość zakrzywienia czasu i przestrzeni. Negocjacje trwały dwa dni. Tyle czasu potrzebowały strony, by wynegocjować warunki sprzedaży około 80 tysięcy artefaktów? Szczegółowa kwerenda pewnie nie była potrzebna, bo przedmioty i nieruchomości są skatalogowane w zasobach muzealnych naszego kraju, jednakże pytani o ocenę takiej transakcji prawnicy, historycy sztuki mają ogromny problem z potwierdzeniem, czy rzeczywiście możliwe jest skuteczne zadziałanie zawiązujące taką transakcję w dwa dni, na dodatek w dość specyficznym pod wieloma względami okresie tj. 27-28 grudnia 2017 roku. Jeśli więc nie jest to wykonalne – to o co chodziło? Czy ministerstwo kultury prowadziło tajne negocjacje z arystokratami wcześniej, a pośpiech miał zamknąć usta sceptykom? Z negocjacyjnego punktu widzenia wiele stoi za poparciem tej tezy – otóż, jak się okazało termin zapłaty około 476 milionów złotych ustalono na… dwa dni po złożeniu podpisów. Dwa dni? Abstrahując od zdziwienia – jakiż to fantastyczny precedens, na który mogliby powoływać się wszyscy handlujący ze spółkami z udziałem skarbu państwa, podatnicy czekający na zwrot VAT od rodzimych urzędów skarbowych, czy wykonawcy infrastruktury, np. autostrad. Termin płatności dwa dni? Fantastycznie! 

Ministerstwo odrzuca wszelkie spekulacje, jakoby transakcja miała jakieś uchybienia. Podobno konieczne było wydanie tych pieniędzy jeszcze w 2017 roku. Natychmiast nasuwa się zatem dylemat przyczynowości kulistej: co było pierwsze – budżet czy chęć sprzedaży kolekcji? To znaczy, czy to spożytkowanie rezerwy było motywatorem do podjęcia dwudniowych negocjacji, czy jednak rząd chciał kupić kolekcję, zabudżetował na ten cel pieniądze i wydał to co miał. 

Wynik tego bałaganu? Zwolennicy własności nie widzą nic złego w przebiegu transakcji, bo sam fakt spolonizowania Leonarda da Vinci jest dla nich wartością samą w sobie. Przeciwnicy mogący żyć z dzierżawą, najmem, użyczeniem w zgodzie widzą w każdym elemencie tego ruchu absurdy. Jeszcze raz kłania się nam zasada negocjacji XXI wieku –  w dzisiejszych czasach transparencji niewiele daje się ukryć, zatem lepiej przygotować się na logiczne odpowiedzi. Bo pytań na pewno nie zabraknie jeszcze długo.

TWÓJ KOMENTARZ

Please enter your comment!
Please enter your name here